poniedziałek, 1 lutego 2016

Grecja - Weria cz.2

Weria z pewnością należy do elitarnej grupy "nieturystycznych" miast, które mimo iż mają co pokazać, nie potrafią zachęcić w odpowiedni sposób do obejrzenia. Próżno tu szukać wycieczek zorganizowanych, czy straganów z pamiątkami (najczęściej produkowanymi w Chinach). Szczerze mówiąc to nie znaleźliśmy podczas naszej wycieczki ani jednego sklepu gdzie można by było kupić kartki pocztowe. Ma to zdecydowanie same plusy, do których przede wszystkim można zaliczyć: brak tłumów często oblegających największe zabytki, niższe ceny (mieszkańców musi być stać by interes się kręcił) oraz przede wszystkim możliwość przyglądania się zwyczajom i nawykom tubylców, którzy zachowują się swobodnie, a nie tak jak oczekują turyści.


Do restauracji "Ο ΠΛΑΤΑΝΟΣ - Platanos" mieszczącej się przy ulicy Konstantinidou trafiliśmy zupełnym przypadkiem, zwabieni minaretem dawnej Starej Katedry pod wezwaniem św. Piotra i Pawła (w czasach tureckich przerobionej na meczet). Obok niej mieści się rozłożysty platan, na którym zgodnie z podaniami został powieszony jeden z biskupów Werii - Arsenios. Z ulicy lokal jest praktycznie niewidoczny, a o jego istnieniu informuje mały, żółty szyld zapisany w języku greckim. Na pewno byśmy do tego miejsca nie trafili, gdyby nie cudowne zapachy i brzdęk sztućców rozchodzący się po okolicy. Z początku myśleliśmy , że to jakaś rodzina je lunch na swojej werandzie podczas popołudniowej sjesty. Idąc jednak za wskazaniami naszych wyczulonych już z głodu nosów postanowiliśmy cofnąć się i zbadać sytuację. Jak się okazało tawernę prowadziła grecka rodzina, a jedzenie było przygotowywane praktycznie na naszych oczach, gdyż kuchnia znajdująca sie w przejściu pomiędzy salą główną (ciemna, zero ludzi, wystrój rodem z PRL), a tarasem (typowy grecki chaos - każdy stolik i krzesło inne, wszystkie zapełnione) była oddzielona od przejścia jedynie szybą. Osobiście widziałem z jaką sprawnością kucharki przyrządzały ogromne sterty domowych frytek. A propos jedzenia - było ono kwintesencją kuchni greckiej, przyrządzone w domowy sposób (robione dla Greków, byliśmy jedynymi obcokrajowcami - po braku znajomości języka wnioskowaliśmy że ogólnie turyści tu rzadko zaglądają), słusznej wielkości porcje (w Polsce człowiek najadłby się samą sałatką z tej tawerny), a do tego rewelacyjny smak, co na sam koniec okrasił rachunek na niecałe 15 Euro. Szczególnie mogę polecić tu souvlaki - bałkańskie szaszłyki (te Greckie nie mają w sobie warzyw) oraz frytki (spory półmisek wypełniony po brzegi - smak ja za dawnych czasów w Polsce).

Weria - Wejście do restauracji Platanos
Po odpoczynku i z pełnymi brzuchami postanowiliśmy przespacerować się dawną dzielnicą żydowską noszącą nazwę Barbouta, zwłaszcza że Madzia wykazywała sporo ochoty do dalszych wojaży. W tej części Werii można zobaczyć urokliwe domki, z których część w ostatnich latach została zagospodarowana i przerobiona na knajpki lub hotele. Niestety wiele z zabudowań nadal niszczeje i czeka na lepsze czasy. Ma to jednak również swój klimat, który określiłbym jako niepowtarzalny i niespotykany w innym, zwiedzonym dotąd przeze mnie mieście. Tym, co najbardziej mnie zszokowało podczas wędrówki kamiennymi, wąskimi uliczkami Barbouty była wszechogarniająca cisza i spokój. Przecież jeszcze kilka ulic temu był gwar, ludzie głośno rozmawiali w kawiarniach, a dokoła jeździły samochody - normalne odgłosy miejskiej dżungli. Tu jednak jakby za sprawą magicznej różdżki wszystko sie rozmywało i stawało bardziej senne i leniwe. Człowiek zaczynał myśleć o dobrej kawie i sjeście. Oczywiście społeczności żydowskiej w mieście już nie ma. Nie znam dokładnych przyczyn jej zniknięcia, ale podejrzewam, że podzieliła ona los swoich rodaków w Polsce czy na Węgrzech i została unicestwiona przez Trzecią Rzeszę. Pozostało po niej jednak trochę śladów,  z czego najważniejszym są niszczejące ruiny dawnej synagogi znajdującej się przy wejściu do dzielnicy od strony ulicy Merachias.

Weria - Dzielnica Barbouta
Za czasów rządów Imperium Osmańskiego w mieście, obok siebie, żyły 3 wspólnoty: Grecka, Żydowska i Turecka. Każda z nich  zamieszkiwała osobną dzielnicę, i mimo różnic religijnych i kulturowych potrafiły razem działać na rzecz rozwoju miasta. Turcy, rządzący na podbitych terenach, często wykazywali się dość sporą dozą tolerancji wobec podbitych miast i narodów. Oczywiście trzeba było przestrzegać wielu zasad i płacić daniny sułtanom i lokalnym zarządcom (jako innowiercy często bardzo wysokie, kwitła korupcja i nepotyzm). Za najlepszy przykład prowadzonej przez nich polityki wobec podbitych ziem posłużyć może fakt, iż nie zakazywano budowy kościołów, a jedynie nie mogły się one rzucać w oczy, no i musiały być skromniejsze niż meczety. Mnóstwo takich właśnie mikroskopijnych świątyń z wyglądu przypominających szopy, a nie kościoły, można spotkać w samej Werii, ale także na całych Bałkanach - chociażby w macedońskiej Bitoli (patrz: Grecja - Weria cz.1).

Weria - Dawna dzielnica turecka
Weria - Dawna dzielnica turecka
Do dzielnicy tureckiej dotarliśmy niejako przypadkiem idąc w kierunku który podpowiadała nam intuicja, czytaj, tam gdzie akurat coś przyciągało naszą uwagę. W takim miejscu koniecznie trzeba się "zgubić" i poddać całkowicie temu co przyniesie los, nam się udało do tego stopnia, że w pewnym momencie nie byliśmy w stanie ulokować naszej pozycji na mapie miasta. Było to niesamowite uczucie gdy w jednej chwili oboje z Olą stwierdziliśmy, że chyba już tu byliśmy, tylko nie wiedzieliśmy w którym momencie. Musieliśmy przez chwilkę wyglądać na bardzo zagubionych. Dzielnica turecka jest architektonicznie i ogólnie klimatem zbliżona do Barbouty, jednakże zdecydowanie przewyższa ją wielkością. Stanowi ona swego rodzaju labirynt mniej lub bardziej wąskich, brukowanych uliczek, zabudowanych z obu stron tradycyjnymi domami z kamienia poprzeplatanego drewnianymi belkami. Wiele z nich jest już odnowionych, rzucając się w oczy intensywnym kolorem tynku (pojawia się od pewnej wysokości), najczęściej błękit i żółć) oraz wyczyszczonym kamieniem i zaimpregnowanym drewnem. Jako kontrast obok można spotkać kompletne ruiny, które jakimś cudem, jeszcze nie zdążyły się zawalić. Ot taki typowy grecki chaos. Tu także znajdziemy kilka ciekawie zapowiadających sie kawiarenek i restauracji, gdzie możemy się napić tak zwanej kawy "po turecku" (lub jak wolą Grecy "po grecku"). Jej specyficzny, intensywny smak wynika z faktu, że kawę zalewa sie letnią wodą i dopiero gotuje, a nie jak u nas od razu zalewa wrzątkiem.

Weria - widok na równinę Imathia
"Finałowy akt" naszej wycieczki do Werii rozegrał się na ulicy Anixeos poprowadzonej na styku pasma gór Vermio i równiny Imathia. Droga poprowadzona została wzdłuż skarpy, z której rozciąga się sielankowy widok na leżące poniżej tereny, mieniące się w majowym słońcu piękną soczystą zielenią. Naszym oczom ukazują się równo posadzone drzewka sadów owocowych (szczególnie brzoskwiniowych), pojedyncze domki lub całe wioski z czerwonymi dachówkami, gdzie indziej znów łąki i pola o soczystych barwach wiosny, a to wszystko ciągnące się aż po sam horyzont. Tylko gdzieś w oddali majaczą pokryte śniegiem szczyty Masywu Olimpu. Odwrotnie do przewodnika Pascala spacer tą ulicą proponuję zacząć od placu Elias, gdzie znajduje się nieduży skwer z fontanną i restauracją i kierować się w stronę Muzeum Archeologicznego. Nie sposób go pominąć, gdyż przy wejściu znajduje się rzeźba ogromnej głowy meduzy, będąca niegdyś częścią bramy do miasta. Wzdłuż ulicy nie brakuje cienia oraz wygodnych ławek do siedzenia, lecz naszą szczególną uwagę zwróciła ogromna bryła nowego kościoła pod wezwaniem św. Kosmy i św. Damiana, która zdecydowanie wyróżnia się na tle otoczenia. Spacer ulicą Anixeos w stronę stacji kolejowej stanowi idealne zwieńczenie wycieczki do Werii, miasta kościołów.

Weria - kościół św. Kosmy i św. Damiana
Siedząc w pociągu jadącego w kierunku stacji Platy próbowałem zrozumieć dlaczego tak ładne miasto, z tak bogatą historią nie stało sie obowiązkowym punktem na trasie każdego turysty podróżującego po Grecji. Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia. Możliwe, że po prostu brakuje tu dobrego marketingu. Ja w każdym razie mogę polecić wizytę w Werii każdemu. Uważam że to jedno z ciekawszych miejsc w całym kraju, a do tego wciąż nieodkryte dla turystyki masowej, przez co bardziej kameralne i tańsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz