piątek, 3 marca 2017

Kaukaz Południowy dzień 7 Gruzja - Mccheta i okolice


"Spojrzenie na Sweti Cchoweli jest wspaniałym doznaniem w każdej porze dnia: o poranku kolorystyka przypomina kolor jaszczurki, gdy zapada zmrok oświetlona jest niezmordowanym słońcem i przybiera złocistą barwę, natomiast po zmroku, pod niebem usianym gwiazdami, bryła katedry, pełna dostojeństwa i harmonii, zwraca się ku niebu"

Konstantin Gamsachurdia (pisarz gruziński, 1893-1975)

Siódmy dzień naszej podróży poślubnej po Kaukazie Południowym był zarazem ostatnim, który spędzaliśmy w Gruzji. Jako, że pociąg do Erywania zgodnie z rozkładem odjeżdżał dopiero około godziny 21, niezastąpiona Irina, wieczorem po powrocie z Kachetii, zaproponowała nam jeszcze jedną wycieczkę. Miał to być wyjazd do miejsca, które stanowi kolebkę gruzińskiej tożsamości narodowej i jeden z najważniejszych punktów historycznych i religijnych na mapie tego kraju. Mowa tu o dawnej stolicy -  Mcchecie, położonej w odległości około 25 kilometrów od Tbilisi. Krótka narada, jeden telefon Iriny i już wiedzieliśmy, że Schumacher będzie na nas czekał, tak jak dzień wcześniej, przed wejściem do hostelu.

W drodze do Mcchety - Monastyr Dżwari
Mccheta jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto odwiedza Gruzję. To także jedno z tych miejsc, do których najłatwiej dojechać z Tbilisi, gdzie przecież zatrzymuje się większość turystów spędzających czas w tym zakaukaskim państwie. Aby dotrzeć do centrum miasta, w okolice słynnej katedry Sweti Cchoweli, nie trzeba nawet wynajmować auta czy kierowcy ponieważ regularnie ze stolicy odjeżdżają w tamtym kierunku marszrutki. Wystarczy jedynie wysiąść na stacji metra Didube, znaleźć odpowiedniego busa i po 30 minutach będziemy u celu. A czy w ogóle warto? Zdecydowanie TAK. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że Mccheta, jako miasto-muzeum została wpisana w 1994 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, co według nas samo w sobie jest wystarczającą rekomendacją, by ją odwiedzić.

Monastyr Dżwari
Pierwszym przystankiem na trasie wycieczki okazał się być Monastyr Dżwari. Gdy dotarliśmy na niewielki parking, przywitały nas tam swobodnie spacerujące krowy, metalowy zardzewiały płot oraz typowo gruzińska świątynia, z której wnętrza wychodziły tradycyjnie ubrane kobiety w towarzystwie brodatego mnicha. Prawdopodobnie właśnie skończyło się poranne nabożeństwo. Pierwsze nasze wrażenie...nic szczególnego. Przecież dużo ładniejsze kościoły widzieliśmy już w samym Tbilisi (chociażby Katedrę Sioni), a i otoczenie jakoś nie zachwycało zbytnio. "Zobaczymy co jest w środku" Stwierdziliśmy i ruszyliśmy w kierunku kamiennej konstrukcji monastyru.

Parking przed Monastyrem Dżwari
Im bardziej zbliżaliśmy się do świątyni, tym bardziej nasze twarze rozpromieniał uśmiech, a początkowy zawód zamieniał się w coraz większy zachwyt. Dlaczego? Ano dlatego, że ze wzgórza, na którym stoi Monastyr Dżwari rozciąga się jedna z najpiękniejszych i najbardziej spektakularnych panoram, które mieliśmy okazję oglądać podczas całej podróży po Zakaukaziu. Jak na dłoni było widać stamtąd zielone wody wijącej się w dolinie rzeki Kury oraz uchodzącej do niej mniejszej Aragwi, a także i chyba przede wszystkim położoną w ich objęciach Mcchetę wraz z Katedrą Sweti Cchoweli. To był widok, od którego na prawdę ciężko było oderwać wzrok. Dosłownie raj dla fotografów.

Ujście rzeki Aragwi (po prawej) do Kury oraz Mccheta.
Rzeka Kura
Sam monastyr, mimo że nie zrobił na nas aż takiego wrażenia jak roztaczające się z niego krajobrazy, również zasługuje na to by o nim napisać kilka zdań, ponieważ stanowi jeden z najcenniejszych gruzińskich zabytków sakralnych i niejako pierwowzór dla tworzonych w późniejszych czasach innych kościołów rozsianych po całym kraju. Co w nim takiego wyjątkowego? Otóż była to pierwsza świątynia, która powstała na planie krzyża. Dziś ten sposób budowania, zwany oficjalnie tetrakonchos, stanowi prawdziwą wizytówkę Gruzinów, którzy chwalą się (zwłaszcza przed Ormianami), że wnieśli swoją własną cegiełkę do świata architektury religijnej. Zresztą nazwa klasztoru Dżwari w tłumaczeniu na język polski znaczy Monastyr Krzyża i tylko nam laikom pozostaje się zastanawiać czy związane jest to bardziej z charakterystycznym kształtem świątyni, czy też z legendą o tym, że powstał on w miejscu, gdzie św. Nino, przebywając w Mcchecie, zatrzymała się na modlitwę i osobiście ustawiła krzyż, by z górującego nad dawną stolicą wzgórza przypominał królom o nawróceniu Gruzji na chrześcijaństwo.

Monastyr Dżwari
Monastyr Dżwari
Z pobytu w Dżwari zapamiętaliśmy jeszcze jeden epizod, który niejako może posłużyć Wam za wskazówkę. Wewnątrz monastyru znajdował się mały sklepik, w którym można było nabyć zarówno pamiątki związane z samym kościołem, jak i wszelkiej maści dewocjonalia. Nie wspominali byśmy pewnie o nim wcale, gdyby nie wpadł nam w oko ręcznie wykonany, drewniany krzyżyk, który chcieliśmy bardzo przywieźć Oli mamie do jej kolekcji. Nie był on tani ale stwierdziliśmy, że tak ładnego jeszcze nie widzieliśmy podczas tego wyjazdu, więc musimy go mieć. Wiecie jak to jest, kiedy się człowiek na coś zafiksuje... Szybki przegląd portfela, przeliczenie wszystkich lari jakie posiadaliśmy i okazało się, że brakuje wciąż części kwoty. Na nic zdały się targowania z zakonnikiem. Nie chciał on ani opuścić ceny, ani co gorsza przyjąć zapłaty w dolarach, a do tego wydawał się coraz bardziej poirytowany naszymi marnymi próbami negocjacji. Sytuację uratowała dopiero koleżanka, która pożyczyła nam ostatnie gruzińskie pieniądze jakie miała i wypatrzona pamiątka została zakupiona. Dzięki Bukwa :) Nie wiemy czy dzisiaj się już coś w tej kwestii zmieniło (w końcu od naszego wyjazdu mija 7 lat) ale zauważyliśmy, że o ile taksówkarze, czy też hostele w Gruzji chętnie przyjmują zapłatę w obcej walucie, to już w małych sklepach (nawet tych z pamiątkami, czyli stworzonych typowo pod turystów), o dolarach nie chcą nawet słyszeć. Pamiętajcie zatem o tym, by planując jakiekolwiek zakupy zabrać ze sobą odpowiedni zapas lari lub upewnijcie się, że w miejscu do którego zmierzacie znajduje się przynajmniej kantor.

Monastyr Dżwari - "Komu bije ten dzwon?"
Monastyr Dżwari - "Spotkamy się kiedyś u studni z wiecznie żywą wodą..."
Dojazd z Monastyru Dżwari do centrum Mcchety zajmuje jedynie kilkanaście minut. Droga wiedzie praktycznie cały czas dość stromo w dół, opadając wprost do doliny Kury, a później ciągnąc się wzdłuż jej brzegów. Co ciekawe, prawie wszystkie auta na gruzińskich tablicach pokonują ten odcinek na wyłączonym silniku i to niezależnie czy mówimy tu o rozklekotanych taksówkach wożących turystów pomiędzy obiema atrakcjami (ich można przynajmniej zrozumieć), czy też o prywatnych, znacznie nowszych pojazdach. Schumacher w tym względzie nie był inny. Trochę nas to zdziwiło, lecz jak sobie później przemyśleliśmy sprawę, to jeszcze w latach 90 polscy kierowcy robili dokładnie tak samo i dopiero kilka głośnych wypadków oraz odpowiednia kampania uświadamiająca o niebezpieczeństwie z tym związanym na dobre wypleniła ten nawyk z naszych dróg.

Mccheta - jedna z odnowionych ulic w centrum miasta.
Mccheta przywitała nas wyremontowanymi ulicami i chodnikami. Można się było poczuć jak w centrum zachodnioeuropejskiego kurortu. Wszędzie skwery i ławeczki, nowe latarnie stylizowane na te z lat 30-tych, odnowione domy i tablice kierunkowe dla turystów (oczywiście w języku angielskim). To efekt kontrowersyjnego procesu "signaghizacji", zapoczątkowany przez byłego już prezydenta Micheila Saakaszwiliego, o którym więcej opowiadaliśmy przy okazji poprzedniego wpisu poświęconego wyjazdowi do Kachetii. W dawnej stolicy Gruzji w ostatniej dekadzie zmieniło się praktycznie wszystko, poza jednym, czyli mentalnością i sposobem życia samych mieszkańców. Ci dalej wożą turystów sypiącymi się taksówkami, które często pamiętają jeszcze schyłek Związku Radzieckiego, dalej sprzedają pod Katedrą Sweti Cchoweli różne pierdółki wprost z bagażnika zaparkowanego samochodu oraz dalej przesiadują na ławkach tocząc zażarte dyskusje o niczym i o wszystkim. Taki jest właśnie ten kraj. Na zewnątrz ubrany w skorupę europejskości, ale wewnątrz wciąż bliżej mu jednak do Azji, a na pewno do radzieckiej Rosji.

Mccheta - w mieście można spotkać również takie perełki rodem z ZSRR
Schumacher zaparkował Suzuki na jednej z bocznych ulic, wskazał nam kierunek, w którym mamy podążać, a sam odpalił kolejnego już tego dnia papierosa (generalnie Gruzini bardzo dużo palą). Znalezienie właściwej drogi okazało się być dziecinnie proste, zwłaszcza że trasę znaczyły kolejne kramy i samochody, z których lokalni handlarze sprzedawali bibeloty rodem z naszych jarmarków. Nie minęło kilka chwil, a już przechodziliśmy przez wybudowaną w XI w. bramę, by po drugiej stronie odrestaurowanych w osiemnastym stuleciu murów obronnych ujrzeć najważniejszą świątynię w całej Gruzji - Katedrę Sweti Cchoweli. Musimy przyznać, że jej wielkość od razu zrobiła na nas wrażenie ale przecież nie mogło być inaczej skoro od niepamiętnych czasów znajdowali w niej miejsce swojego ostatniego spoczynku królowie oraz najwyżsi rangą dostojnicy kościelni. Źródła historyczne w tym względzie nie są zbyt dokładne ale uważa się, ze w Katedrze znajdują się doczesne szczątki przynajmniej 10 gruzińskich władców z różnych okresów.

Mccheta - Brama z XI w. prowadząca do Katedry Sweti Cchoweli
Katedra Sweti Cchoweli
Wokół katedry panował spory gwar niczym w niedzielne przedpołudnie przed kościołem w Polsce, a przecież to był dopiero wtorek, godzina 10 rano, czyli czas kiedy większość ludzi przebywa w pracy. Co ciekawe tego dnia prawie nie spotkaliśmy w Mcchecie turystów z zagranicy. Większość zgromadzonych osób ewidentnie była Gruzinami i przyjechała do Mcchety by się pomodlić. Byli odświętnie ubrani, tak jakby właśnie odbywało się tam jakieś święto lub odpust, o którym my po prostu nie mieliśmy bladego pojęcia. W tym toku rozumowania utwierdzał nas dodatkowo widok pasącego się przed wejściem do katedry baranka, który jak się domyślaliśmy, wieczorem miał niestety skończyć jako danie główne podczas supry, czyli tradycyjnej, gruzińskiej wieczerzy połączonej z wznoszeniem toastów oraz tańcami i śpiewem.

Sweti Cchoweli - pasący się baranek przed wejściem do Katedry
Gdybyśmy chcieli dokładnie i nie pomijając żadnych istotnych szczegółów opisać burzliwą historię Sweti Cchoweli powstałaby z tego całkiem pokaźna publikacja, a przynajmniej solidna praca doktorska. Świątynia (w kształcie jaki możemy podziwiać dzisiaj) powstała już w XI wieku ale przez cały okres swojego istnienia przeżywała wiele dramatycznych wzlotów i upadków, co w wyraźny sposób odbiło się szczególnie na wystroju jej wnętrz. Jako, że praktycznie od zawsze była ona uznawana za jeden z filarów państwowości i kojarzona z przyjęciem przez Gruzję chrześcijaństwa, każda wroga armia najeżdżająca ten kraj od razu kierowała się właśnie do Mcchety. Kościół był wielokrotnie plądrowany, a obce wojska wywoziły wszystko co tylko dało się wywieźć i mogło przedstawiać jakąkolwiek wartość. Reszty dopełniały katastrofy naturalne, jak choćby trzęsienie ziemi z 1283, kiedy to w gruzach legła cała kopuła. Jednak to co najgorsze dla Katedry miało nadejść dopiero w XIX wieku i to pod dumnie brzmiącym szyldem renowacji. Za sprawą sterowanego z Moskwy  egzarchy, czyli przywódcy kościoła gruzińskiego, Eugeniusza Bazchenowa pokryto bowiem wapnem bielonym wszystkie freski znajdujące się w Sweti Cchoweli. Decyzja ta okazała się być tak brzemienna w skutkach, że gdy po kilku dekadach podjęto próbę ich ponownego wydobycia na światło dzienne, w większości przypadków nie było już czego odsłaniać. Kilkusetletnie i bardzo cenne malowidła przepadły nieodwracalnie.

Sweti Cchoweli
Sweti Cchoweli
Sweti Cchoweli
Równie ciekawa jak dzieje Katedry jest także geneza jej nazwy. Co oznacza Sweti Cchoweli? Otóż w wolnym tłumaczeniu jest to po prostu drzewo życia, co wiąże się z pewną legendą, którą postanowiliśmy przytoczyć Wam w całości.  

W I wieku z Jerozolimy powrócił do Mcchety żyd imieniem Eliasz, który był naocznym świadkiem ukrzyżowania Jezusa. Jako pamiątkę wydarzeń, które widział w Ziemi Świętej, zabrał on ze sobą do Gruzji chiton (rodzaj koszuli), który rzekomo nosił sam Chrystus. W rodzinnym domu na Eliasza oczekiwała z utęsknieniem jego siostra, Sidonia, która gdy tylko dowiedziała się jak cenną relikwię przywiózł jej brat, momentalnie w odruchu emocji przycisnęła ją do piersi. Niestety skończyło się to dla niej tragicznie, ponieważ rażona "przejmującą trwogą" od razu wyzionęła ducha. Pochowano ją razem z ową szatą w ogrodach królewskich, a na jej grobie wkrótce wyrosło drzewo - cedr libański. Legenda ma swoją kontynuację cztery stulecia później, kiedy Gruzja z rąk św. Nino przyjmuje chrześcijaństwo. Panujący wówczas król Mirian postanawia ściąć drzewo i w jego miejscu wybudować kościół. Nowo powstała świątynia była w całości drewniana, a jej główną podporę stanowiły kolumny, które na polecenie władcy wyciosano właśnie z cedru rosnącego wcześniej na grobie Sidoni. Na cud nie trzeba było czekać zbyt długo. Gdy św. Nino spędzała całą noc w kościele na modlitwie, z jednej z belek począł sączyć się mający moc uzdrawiania olej. Wieść o tym wydarzeniu rozniosła się po całej ówczesnej Gruzji w tempie ekspresowym, a do Mcchety zaczęli tłumnie ściągać pielgrzymi ze wszystkich rejonów kraju chcący uzyskać łaski dla siebie lub bliskich oraz pozbyć się trapiących ich dolegliwości i chorób. Samą kolumnę ze względu na jej właściwości nazwano zaś sweti cchoweli, czyli drzewo życia.

Dziś oczywiście w Mcchecie próżno już szukać choćby najmniejszych śladów po cudotwórczej, drewnianej kolumnie. Być może ona w ogóle nigdy nie istniała, a była jedynie wytworem bujnej, gruzińskiej wyobraźni? Faktem jednak jest to, że pierwszy kościół (powstały w miejscu gdzie obecnie znajduje się Sweti Cchoweli) był rzeczywiście drewniany, ulokowano go w królewskich ogrodach, a jego fundatorem był król Mirian (IV w.). Jak to mówią w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, więc może za kilka lub kilkanaście lat podczas kolejnych badań archeologicznych ktoś nagle dokona przełomowego odkrycia i cała opowieść ze zwykłego podania stanie się po prostu historią.

Monastyr Samtawro
Monastyr Samtawro
Na koniec naszej wycieczki po dawnej stolicy Gruzji odwiedziliśmy jeszcze jeden klasztor, który znajdował się w niewielkiej odległości od Katedry. Trafiliśmy do niego nieco z przypadku włócząc się po uliczkach Mcchety i szczerze mówiąc ze wszystkich, które widzieliśmy tego dnia najbardziej przypadł nam do gustu. Mowa tu o najstarszym, żeńskim monastyrze w kraju - Samtawro. Dlaczego warto tu zajrzeć? Chociażby z powodu grobów króla Miriana oraz jego małżonki królowej Nany, czyli pierwszych chrześcijańskich władców Gruzji. Będąc w tym miejscu koniecznie zwróćcie uwagę również na niewielką cerkiewkę stojącą w obrębie murów otaczających kompleks klasztorny. Aż trudno w to uwierzyć ale pamięta ona jeszcze czasy, kiedy w mieście przebywała św. Nino (IV w.), a cały kraj zaczynał się chrystianizować.

Z Mcchetą ciężko było nam się pożegnać, zwłaszcza iż wiedzieliśmy doskonale, że to już ostatnie miejsce na mapie Gruzji jakie będzie nam dane zobaczyć podczas podróży. Jeszcze parę godzin i będziemy musieli się rozstać z tym niezwykle gościnnym zakaukaskim państwem o wyjątkowo niesmacznej kuchni (subiektywna opinia autora wpisu). Nieco melancholijny nastrój udzielił się chyba wszystkim, bo większa część drogi powrotnej do Tbilisi upłynęła praktycznie w całkowitej ciszy. Na całe szczęście przed nami było jeszcze kilka dni w Armenii, ale o tym będzie już w kolejnym wpisie z Kaukazu Południowego...

1 komentarz:

  1. Mccheta to wyjątkowe miejsce. Dziękuję za tak szczegółowe o wyczerpujące informacje o tym miejscu.
    Było mi miło ponownie powrócić do Gruzji i przypomnieć sobie moje wędrówki po Gruzji.

    OdpowiedzUsuń